Rozważania na Gorzkich Żalach - część II Drukuj Email
Cz. II Gorzkich Żali - wstęp
Zgodnie ze słowami św. Piotra z Góry Przemienienia chcemy wołać z zachwytem: Panie, dobrze, że tu jesteśmy... Ale II część Gorzkich Żali, a więc rozważanie niesprawiedliwego sądu nad Panem Jezusem, Jego biczowania i cierniem ukoronowania, kojarzy nam się raczej z fragmentem Pieśni Sługi Pańskiego z proroctwa Izajasza (53, 2b-3): Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.
Pragnąc połączyć przeciwstawne sobie uczucia zachwytu i odrazy, podziwu i niechęci, ofiarujmy owoce tego nabożeństwa za chorych i bezdomnych, ale również za osoby zrażone do duchownych, katechetów, członków kościelnych wspólnot, za tych, którzy odeszli od Kościoła, od wiary, od Boga.

Cz. II Gorzkich Żali - kazanie
W ubiegłym tygodniu, rozważając I część Gorzkich Żali, próbowaliśmy znaleźć podobieństwa między modlitwą Pana Jezusa w Ogrójcu i kryzysem duchowym, jaki przeżywał św. Franciszek Salezy jako student. Po przezwyciężeniu tych trudności i przyjęciu święceń kapłańskich zetknął się on z problemami tych, do których został posłany. Z natury pobożni mieszkańcy alpejskich pogórzy byli wówczas wystawieni na wielką próbę wiary. Kulturowe i filozoficzne wpływy Odrodzenia, nadużycia w Kościele Katolickim, przeciw którym protestował Luter, wzrastająca w liczbę wspólnota zwolenników Kalwina stopniowo zmieniały ich mentalność. Wielu dotychczasowych katolików przechodziło na protestantyzm, inni ugruntowywali wiarę swoich przodków, jeszcze inni stawali się religijnie obojętni, zrażeni długoletnimi sporami na płaszczyźnie wiary. Św. Franciszek musiał stawiać czoła tym zjawiskom najpierw jako ksiądz, potem jako biskup. Mottem jego działania były jego słynne porzekadła: Więcej much zleci się do łyżki miodu niż do beczki octu oraz Nic na siłę, wszystko przez miłość. Łagodnością, słodyczą Bożej miłości chciał zdobyć serca wielu. Nie sposób przytoczyć choćby wybranych cytatów św. Franciszka Salezego, które nas otwierają na Boga jako źródło miłości. Możemy po nie sięgnąć, czytając zwłaszcza Traktat o Miłości Bożej w polskim tłumaczeniu. Pozwolę sobie zatem krótko przedstawić ich przesłanie, odwołując się do procesu rodzenia się międzyludzkiej miłości.
Chyba każdy z nas przeżył stan zakochania. Rozpoczął się on od zwrócenia baczniejszej uwagi na osobę, która nagle „wpadła w oko”. Jakiś czas zajęło przyglądanie się tej osobie, zbieranie o niej informacji. Następnie trzeba było porozmawiać z nią, a potem umawiać na kolejne spotkania, by spędzać razem czas, by po prostu być razem.
Te same etapy można zauważyć w rozwoju miłości do Boga. Św. Jan w swojej Ewangelii zwierzył się z tego, jak poznał Jezusa. Zafascynowany Jego Osobą „śledził” Go w towarzystwie św. Andrzeja. Chciał zobaczyć, gdzie mieszka ten, o którym jego dotychczasowy Nauczyciel mówił intrygująco, że jest „Barankiem Bożym”. Zaproszony przez Jezusa poszedł do Niego i zapamiętał godzinę początku tej szczególnej więzi z Nim. Rozwijająca się miłość do Jezusa zawiodła św. Jana na Kalwarię, górę dusz zakochanych.
A jaka jest moja miłość do Pana Jezusa? Czy wciąż mnie fascynuje? Czy chcę słuchać i rozważać Jego słowa? Czy nawiedzam Go tam, gdzie mieszka? Czy idę za Nim z pełną determinacją? Czy nie boję się trwać z Nim pod krzyżem i prowadzić do Niego innych?
Nawet na Kalwarii można wołać: Panie, dobrze, że tu jesteśmy... Na Górze Przemienienia obok Jezusa św. Jan widział Mojżesza i Eliasza. Ten widok go zaintrygował i zachwycił. Ale na Golgocie wisieli obok Jezusa dwaj skazańcy. Ciekawe, jakie odczucia wzbudzali oni u najmłodszego z Apostołów?
Pierwszym krokiem ku dojrzałej miłości jest zachwyt, to oczywiste. Ale uwaga: jest także prawdą, że pierwszym krokiem ku obojętności i wrogości jest odraza! Trzeba przezwyciężyć spontaniczne odczucie niechęci do człowieka, który jest brudny i brzydko pachnie. Ten widok i zapach na pewno przeszkadzają w rozbudzaniu w sobie miłości do takiego bliźniego. Nie chcę nikogo zaszokować ani skrzywdzić, ale nasuwa mi się pewna analogia, która pozwala mi zrozumieć ludzi zrażonych do Kościoła. Nie dziwię się, że trudno się komuś zdobyć na miłość do Boga, gdy patrzy na ciężkie grzechy tych, którzy Go reprezentują. Powtórzę przed chwilą powiedziane słowa: trzeba przezwyciężyć odczucie niechęci, buntu, ucieczki przed tym co trudne i na nowo zachwycić się Panem Bogiem, aby Go jeszcze mocniej pokochać. Ta miłość do Niego, a nade wszystko Jego miłość do każdego człowieka, pozwolą nam przejść ponad to, co odrażające i gorszące.
Św. Franciszek Salezy mówi o dwóch stopniach miłości do Boga. Pierwszym jest omówiona już wcześniej - miłość upodobania, drugim - miłość zjednoczenia. Ten podział jest zrozumiały także w kontekście międzyludzkiej miłości. Oblubieńcy chcą nie tylko być razem, chcą doświadczać swojej wzajemnej bliskości. Miłość zjednoczenia według św. Franciszka polega na życzeniu dobra temu, kogo się kocha. Ale nie mogę przecież przysporzyć Bogu dobra, bo On jest jego źródłem i pełnią. Miłość zjednoczenia wobec Boga przejawia się na modlitwie, na korzystaniu z sakramentów świętych oraz na pełnieniu woli Bożej. A wolą Bożą jest nie tylko uszczęśliwić mnie samego, ale i innych, których kocha tak samo jak mnie.
Wpatrywanie się z zachwytem w Pana Jezusa tu, na ziemi, nie może pozostać bez odniesienia do drugiego człowieka. Nasi bliźni, nawet najbardziej oddaleni od Boga, nie mogą być nam obojętni.
Czy potrafię zachwycić się człowiekiem chorym, w podeszłym wieku, bezdomnym, o innej karnacji skóry?
Czy staram się w nim dostrzec samego Pana Jezusa, nawet, gdyby jego widok i zapach był dla mnie odrażający?
Czy stać mnie na okazanie szacunku człowiekowi, który otwarcie zrywa z Kościołem, wyrzeka się wiary, odchodzi od Boga?
 

Z archiwum

slajd18.jpg
Stałe Msze św. w kościele Wizytek
w niedzielę
  • 7:30, 9, 10, 11, 12, 17
w dni powszednie
  • 7, 8, 17

Szukaj

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 20 gości 
Odsłon : 157677